Sytuacja z zeszłego tygodnia. Klient dzwoni, ile kosztuje wahacz, wymiana i do tego geometria kół.
Podaję cenę wahacza (250 zł - średnia półka), wymiana 60 zł ("po kosztach", bo w miarę szybka robota), zbieżnośc kół 80 zł (mniej nie wezmę, bo urządzenie z nieba nie spadło - jak trzeba kalibrować, to serwisant nie pyta, czy mam, czy nie mam owe 400 zł). Klient zaczyna marudzić, że wahacz drogi, że widział na allegro na 130 zł. Więc mówię mu, żeby kupił sam. Jak kupił, to dzwoni, czy koniecznie "musi" ustawiać zbieżność po wymianie wahacza. Mówię mu, że niestety trzeba, taka jest procedura i z doświadczenia wiem, że zmiany w ustawieniu w 95 % przypadków są.
To nie jest tak, że wahacz"trafia" w swoje dawne miejsca

. W końcu klient "decyduje" się na wymianę samego wahacza. Mnie już "witki" opadły, ale dobra. Słowo się rzekło, że zrobię to auto. Suma summarum klient przywiózł swój wahacz (najpodlejszą chińszczyznę z tzw. gównolitu), wymieniam wahacz za całe.........60 zł. Chociaż po robocie każę przejechać się, żeby sprawdził, czy chociaż ta kierownica jest w miarę prosto, czy nie "przekrzywiła" się nagle o 45 stopni. Wraca, mówi że jest ok (chociaż myślę, że i tak nie powiedziałby, bo pewnie szkoda mu tych 80zł za zbieżność

). W myślach mówię. Good luck i sp.....

Jak zedrze opony, będzie miał za swoje. No i żyj tu z takiego

.
W sumie do d..... Za 50 zeta to mogę podłączyć kompa, skasować błędy. Czysta, szybka robota - 10 minut. A nie - auto zmrożone (wczoraj -11 stopni), na "łeb" kapie (na stanowisku odtajało), ręce fioletowe (w przenośni), robota wykonana "połowicznie" (bez geometrii to dla mnie nie ma sensu

).
Jakieś przemyślenia drodzy forumowicze?
