To teraz może i ja coś skrobnę jako .......klient.
Sam osobiście z samochodami mam do czynienia od 1986 roku, czyli od zakupu mojego pierwszego 126p. Potem był drugi, była Syrenka, Skoda, Dacia, Żuk, Ford, Volvo i jeszcze kilka. Miałem to szczęście, że będąc najmłodszym w rodzinie korzystałem z narzędzi ojca i starszych braci. Miałem też kilku młodych i zapalonych kolegów po samochodówce, przy których i ja trochę mechaniki liznąłem. Dzięki być może tej wiedzy, oddając jakiś samochód do warsztatu, miałem nawet mgliste pojęcie ile roboty może tego mechanika kosztować naprawa. I w zasadzie słysząc cenę, w 99% ją akceptowałem, bo albo faktycznie:
a) było jej dużo
b) sam byłem za leniwy
c) nie miałem czym tego zrobić
d) nie miałem gdzie tego zrobić
e) nie wiedziałem co się s..popsuło
Ten brakujący jeden procent, to dwa przypadki, gdzie próbowano zrobić ze mnie typowego jelenia. Pierwszy to warsztat blacharsko-lakierniczy, gdzie były do zrobienia w kilku miejscach zaprawki lakiernicze i kazano mi zapłacić nie dość że za bylejaką robotę, to jeszcze miałem wyjeżdżać "mokrym" samochodem.
Drugi przypadek, to już mechanik, który za wymianę popsutego zaworu turbiny N75 krzyknął 4 stówki. Może i bym tyle zapłacił bez targowania, gdyby ten zawór był nowy. Ale niestety nie był.