Wczoraj trafiłem na pierwszego "megaananasa", który zadzwonił do mnie o godz. 20. Normalnie bym nie odebrał już o tej porze, ale miałem na dziś kilka transportów umówionych, więc odebrałem, bo myślałem, że jakieś zmiany.
Dzwoni gość o naprawę chińskiej produkcji ATV 150. Znaczy - on w ogóle nie wie, czy to chińskie, czy tam jakie. Dobra - średnia cena rynkowa czegoś takiego sprawnego to około 2,5 - 3 tys. zł. On chce remont generalny silnika, elektryki, zawieszenia plus nowe opony. Fajnie, ale pytam się, czy jest świadom kosztów jakie to generuje i w jakim to jest w ogóle stanie - "w opłakanym"
Zacząłem mu tłumaczyć, że zakres prac, o którym mówi spokojnie przekroczy wartość rynkową pojazdu. Mało tego - z niektórymi materiałami jest problem i trzeba ratować się podwykonawcami, którzy te materiały na zamówienie wyprodukują.
I gość się odpalił - zaczął ni z gruchy, ni pietruchy drzeć japę, że to już któryś serwis do którego dzwoni, wszyscy mu mówią, że duże ryzyko i że się podejmą naprawy. I teraz uwaga - "Wy się ogłaszacie, a nikt nie chce naprawić, proszę mi nie p..., że nie macie terminów, żądam naprawy i Pan ma obowiązek przyjąć i naprawić, bo Pan ma serwis." Stanąłem po stronie serwisów i mówię, że czego Pan się spodziewał? Ma Pan chińczyka, który się rozsypał i każe Pan ulepić coś z g...? Pretensje może Pan mieć tylko do siebie za doprowadzenie go do stanu rozpaczy.
Zapytałem jaki budżet zakłada na doprowadzenie quada do stanu używalności - pi razy drzwi będę w stanie się określić z doświadczenia, czy warto się brać. Niestety - "ja nie wiem, ja sie na tym nie znam".
Dyskusja zakończona, zaoferowałem jedynie przegląd stanu technicznego za ustaloną z góry kwotę, bo za bardzo nie ma możliwości dyskutowania z takim osobnikiem. Robię to co lubię, nie robię dużo, a mimo to czasem przydałaby się miedniczka po rozmowach z takimi klyentami