Do mnie kiedyś przyjechała kobieta z płaczem, że rano zginął w wypadku jej mąż( klient, który jeszcze kilka dni wcześniej odbierał samochód z naprawy i umawiał się na kolejną). Wypadek był 50 km dalej, musiała jechać do miasta do którego zawieźli jej męża. Wracając skończyły się klocki dlatego do mnie przyjechała prosząc o pomoc. Cała robota poszła na bok, wyciągnąłem lewarek przed warsztat i zrobiłem ekspresowo nawet nie biorąc pieniędzy za robotę. Wtedy mnie ruszyło, facet około 40 lat, zostawił dwójkę dzieci, najmłodsze 6 lat, ciężarówka wyjechała mu na czołowe.
Drugi to dziadek ponad 80( ale nie wyglądał na więcej niż 70), rak go zjadł w 1,5 roku, dowiedziałem się, że nie żyje jak żona przyszła prosić żebym kupił starą corsę po nim bo jak musiała się rozliczyć za pogrzeb to zabrakło. Normalnie czułem się jakby to był mój dziadek, brakowało mi jego zachwytów nad Klimkiem, uwielbiał go oglądać w telewizji