Szanowni forumowicze,
miałem nic już nie pisać ale jeszcze w kwestiach technicznych.
Osobiście bardzo lubię takie dyskusję, zwłaszcza między dwiema różnymi stronami - w tym przypadku z jednej strony
- pan, mgr inż., teoretyk, osoba jakby to rzec siedząca "na górze" i mająca kontakt z decydentami, a przez to mająca jakiś (mniejszy lub większy) wpływ na to jak będzie wyglądało w przyszłości prawo dotyczące przemysłu motoryzacyjnego
z drugiej strony my
- ludzie którzy muszą się odnaleźć w tych wszystkich przepisach, zwykli mechanicy i użytkownicy pojazdów.
Takie dyskusje zawsze są potrzebne, chociażby po to żeby jedna strona mogła zobaczyć dany problem oczami drugiej strony.
Nic dodać nic ująć.
Uważam, że jeśli ktoś nie bierze w nich udziału, to niech nie narzeka.
Dlaczego? Narzekać zawsze można, tylko trzeba mieć świadomość że brak uczestnictwa w wyborach też jest jakimś wyborem.
Nieważne.... Forum to nie miejsce na politykę, zresztą o suchym pysku ciężko wchodzić na takie tematy.
Uważam, że w pierwszej kolejności należy dokonywać kontroli serwisów, które w jawny sposób reklamują niedozwolone modyfikacje (prasa motoryzacyjna, bilbordy, reklamówki). W Niemczech też się robi takie „modyfikacje”, tylko nie ma tak jawnej reklamy. Firmy dostarczające moduły podnoszące moc silników ZS (np.Magneti Marelli), oferuję je na polskim rynku, z zastrzeżeniem, że nie wolno ich używać na drogach publicznych, a jedynie na zamkniętych torach, nie oferuje ich np. na rynku Niemieckim.
Użytkownik samochodu nie ma obowiązku znać prawa związanego z samochodami, czy znać się na technice samochodowej, ale właściciel serwisu tak. Znam np. wyrok sądu, w sprawie, w której pracownik serwisu pospawał drążek kierowniczy na życzenie właściciela pojazdu. Ukarany został pracownik serwisu, gdyż w interpretacji sądu zlecający nie musiał znać możliwych konsekwencji spawania tego drążka, a pracownik serwisu tak.
Nadal się z panem nie zgadzam. To nie jest tak że ten przysłowiowy Kowalski jest niczego nieświadomy. W 99% przypadków zdaje sobie sprawę z tego co mechanik robi w jego samochodzie, tylko problem polega na tym że dla Kowalskiego liczy się rachunek ekonomiczny; cztery tysiące za nowy DPF czy dwa tysiące i nie ma problemu z pilnowaniem wypalania, czyszczeniem EGR-a, i jeszcze przy okazji moc mu podniosą. Czysty zysk.
Daje pan przykład spawanego drążka kierowniczego. Nie znam całej sprawy, co więcej sąd również musi się opierać na tych faktach które udało się ustalić w toku postępowania sądowego. Trudno mi uwierzyć że znalazł się taki idiota który pospawał drążek kierowniczy i powiedział właścicielowi pojazdu że wszystko jest dobrze i samochód nadaje się do dalszego użytkowania. Jeśli tak było, to wyrok sądu jest jak najbardziej słuszny, takie zachowania powinno się eliminować. W moim mniemaniu, sprawa wyglądała jednak trochę inaczej; "Panie drążek jest zamówiony ale przyjdzie dopiero "jutro", weź mi pan to spawnij żebym nie został bez samochodu, a jak drążek przyjdzie to od razu wymienimy. Oczywiście wiem że to nie ma fabrycznej wytrzymałości, że trzeba powoli jechać itp, itd."
Ma pan swoje lata, więc pamięta pan doskonale jak wszystko wyglądało w latach 80-tych, kiedy nie takie rzeczy się spawało, bo nie było części zamiennych. Więc nie dziwie się że, ktoś mając zaufanie do tego co mówi i obiecuje klient pokusił się o pospawanie tego elementu - z zastrzeżeniem iż jest to prowizorka do poprawienia. I jestem się w stanie założyć że w opisywanym przypadku właściciel doskonale zdawał sobie sprawę z czym wiąże się spawanie drążka kierowniczego.
Niestety, świat się staje coraz bardziej "sk......ński" i w takich przypadkach na wszystko trzeba mieć papier, bo inaczej to człowieka wydymają bez mydła.
Ale trochę odbiegłem od tematu.
To co pan proponuje (karanie serwisów za wycinanie DPF-ów), niczego nie zmieni. Po prostu ludzie którzy dokonują takich modyfikacji nadal będą to robić. Dojdzie im tylko do każdej takiej modyfikacji, wymóg podsunięcia klientowi do podpisania świstka, zawierającego zrzucenie odpowiedzialności za modyfikację na klienta. Klient to podpisze, bo i tak ma świadomość że będzie miał taniej niż gdyby to naprawiał, a na SKP jak na razie i tak nikt się o to za bardzo nie rzuca.
Nie wiem czy dobrze rozumiem. Pisze pan że:
oferuję je na polskim rynku, z zastrzeżeniem, że nie wolno ich używać na drogach publicznych, a jedynie na zamkniętych torach
Czyli jak rozumiem sprzedaje pan takie moduły?
To tak z czystej ciekawości; nie ma pan wrażenia że coś dużo tego panu "zchodzi"? Nie ma pan odczucia że znaczna część tych urządzeń jest montowana w cywilnych pojazdach? Wiem, zastrzega pan że nie jest to do użytku cywilnego, ale to niczego nie zmienia jeśli ma pan świadomość że klient założy to do swojego pojazdu i będzie jeździł nim (pojazdem) po drogach publicznych. Pańskie działanie, w takim przypadku, bardzo przypomina działanie gościa który wyciął DPF-a informując klienta że pojazd właśnie stracił homologację, na co klient odpowiedział "mam to w d..."
Wychodzi na to że działalność w zakresie sprzedaży takich modułów trzeba by też poddać kontroli i pewnie w momencie wykrycia takiego modułu w cywilnym samochodzie karać sprzedawcę a nie właściciela?

Widzi pan podobieństwo sytuacji?
Jeśli jednak ktoś ma samochód z filtrem cząstek stałych, czy również układem redukcji NOx, który wymaga do pracy układu dodatku Adblue, to w mojej opinii układy te muszą być sprawne.
Mam troszeczkę inne zdanie w tym temacie. Pisał pan że ludzi czasami trzeba do pewnych zachowań "przymusić". Bardzo dobrym przykładem jest transport. Na zachodzie wysokość opłat autostradowych jest zależna od tego jaką normę euro spełnia pojazd. W związku z powyższym wszyscy którzy wożą coś po zachodniej stronie granicy jeżdżą w miarę nowym taborem. Przewożenie tam czegokolwiek starym sprzętem na dużą skalę jest najnormalniej nieopłacalne. I to jest właśnie ta zachęta. A co do kary za oszustwo; znam przypadek z bodajże Austrii (nie jestem na 100% pewien) że zatrzymano pojazd z emulatorem systemu AdBlue, przewoźnikowi zliczono kilometry jakie pojazd przejechał po drogach płatnych w tym kraju ( dotyczyło to iluś miesięcy wstecz ) i wyliczono różnicę pomiędzy opłatą jaką poniósł, a opłatą jaką powinien zapłacić za pojazd bez żadnych norm. Wyszło parę tys. euro do dopłacenia.
Nie zgadzam się z opinią o generalnie celowym wprowadzaniu rozwiązań, wymuszających drogie naprawy pogwarancyjne.
To niech mi pan powie jaki sens ma montowanie np. kół dwumasowych? Jeździłem pojazdami ze zwykłymi sprzęgłami i jeżdżę pojazdem z dwumasą. Z punktu widzenia użytkownika różnicy nie widzę. Wpływu na ekologię też raczej ta dwumasa nie ma. Gdzie jest możliwość, to ludzie wymieniają koła dwumasowe na zwykłe i zdaje to egzamin - czyli wpływ na żywotność silnika czy skrzyni biegów też jest znikomy.
Więc po co, jeśli nie po to żeby za sprzęgło kompletne skasować 500 złotych więcej i dwa razy częściej bo często koło dwumasowe pada a tarcza i inne elementy sprzęgła jeszcze są OK. Lub na odwrót tarcza jest już zużyta koło jeszcze nie, ale i tak wymienia się komplet bo skoro już skrzynia jest na wierzchu....
Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, że poważnie grozi nam tzw. podatek ekologiczny. Jego wysokość ma być zależna od normy emisji spalin, przypisana do danego samochodu (Euro 3, 4). Jego autorem jest senator Grzegorz Peczkis z PIS-u. Kontaktowałem się z biurem senatora, by umówić się na rozmowę. Powiem Jemu, że pomysł na ten nowy podatek, nazywanym „ekologicznym” jest naiwny i kompromituje działania ekologiczne. Rzekomo ja, mając samochód spełniający normę emisji Euro 3 (nie stać mnie na nowy) mam płacić co roku ok. 500 zł, mimo, że jest on w znakomitym stanie technicznym i ma bardzo sprawny konwerter katalityczny. Proszę zwrócić uwagę, że będzie można mieć samochód spełniający normę emisji Euro 5, „zajeżdżony”, czy bez filtra cząstek stałych, ale ten samochód będzie uznawany za ekologiczny i będzie za niego należna mała opłata roczna lub wcale. To będzie zwykły podatek fiskalny i mieszanie do tego ekologii jest nieporozumieniem
Panie Stefanie, to jest tylko kwestia nazewnictwa. Pomysł niekoniecznie jest zły. Tylko żeby przyniosło to efekty, to trzeba podjąć działania idące w kierunku wyeliminowania z dróg pojazdów z homologacją na euro5 i z wyciętym DPF-em. No bo jakie inne rozwiązania pan widzi? Sam pan mówi że ludzi trzeba czasami przymusić. Najlepszym przymuszeniem jest czynnik finansowy.
W działaniach ekologicznych najważniejsza jest edukacja, ale powiązana jednocześnie z czynnikiem ekonomicznym.
Niech mi pan powie co wg pana jest bardziej ekologiczne:
- lodówka made in ZSSR nabita freonem F12 działająca min. 25 lat bez jakiejkolwiek ingerencji serwisowej.
czy
- nowoczesna lodówka nabita pro ekologicznym gazem, której żywotność jest obliczona na max 10 lat.
Tą nowoczesną trzeba będzie trzy razy wymienić. Ja już nie mówię o kosztach, ale o samym zanieczyszczeniu środowiska przy wyprodukowaniu energii potrzebnej na zutylizowanie zepsutej i wyprodukowanie nowej lodówki.
I niestety tak właśnie wygląda temat całej tej ekologii. Kasa, kasa, kasa, kasa.....
Przecież nawet jeśli mówimy ogólnie o energii ekologicznej to trudno stwierdzić jaki sposób jej uzyskiwania jest najbardziej ekologiczny. Każda w jakiś sposób ingeruje w środowisko;
-elektrownie węglowe dymią,
-elektrownie wiatrowe zmieniają układ wiatrów (bo przecież jeśli się postawi dwa tysiące wiatraków to ta masa powietrza przemieszczająca się z pkt. A do pkt B zostanie wyhamowana i nie wiadomo tak do końca jak to wpłynie na środowisko),
-elektrownie wodne wymagają budowy zapór, zbiorników wodnych więc też mają negatywny wpływ na środowisko,
-panele słoneczne, cóż gdyby ich żywotność była dłuższa...
Wychodzi na to że żeby być proekologicznym to trzeba cofnąć się do epoki kamienia łupanego.
