Gdy zaczynałem swoją przygodę z mechaniką motocyklową zadzwonił do mnie pewien miły, życzliwy Pan. Nie pamiętam już dokładnie jakiego pojazdu dotyczyła naprawa, aczkolwiek był to jakiś maxiskuter z jednocylindrowym silnikiem. Chodziło o to, że jego mechanik dokręcał świecę zapłonową i uszkodził gwint w głowicy. Rozbierając nie popatrzyli sobie jednak jak ustawiony był układ rozrządu. Zrobił się problem, bo ciężko było znaleźć schemat, czy jakąś serwisówkę.
Pojazd dotarł do mnie na przyczepie, a wraz z pojazdem wiaderko kuwetka, w której znajdowały się śruby, nakrętki, podkładki, wałki rozrządu, trochę trawy, łańcuch rozrządu, pokrywa głowicy, trochę piachu, uszczelki, świeca zapłonowa, akumulator, owiewki, itd. Swoją drogą zastanawiam się, czy aby kot, którego mam też z tej kuwetki nie wyszedł.
Siadłem nad tematem i sprawnie udało się ogarnąć temat. Kwestia płynu chłodniczego - bo nie ma i oleju silnikowego - bo mało - dzwonię do Klienta. Lej Pan, ja zapłacę, pewnie. Płyny uzupełnione, silnik zagadał, wszystko poskładane, spasowane i czeka na odbiór. Dzwonię z informacją i podaję cenę - 300 złotych. Panie, ale jak to, przecież tam nie było tyle roboty, rozrząd tylko złożyć, żądam faktury.
Gość zapewne myślał, że robię tzw. lewiznę, bo firma dopiero co się otwarła i nie była za bardzo znana. Przyjechał, otrzymał wydrukowane zlecenie serwisowe z wyszczególnionymi roboczogodzinami i materiałami. Na pytanie faktura, paragon odpowiada "aaaa, dobra, niech już będzie". Niestety nie ma dobra, na ponowne pytanie padła odpowiedź faktura. NIP - nie pamięta. Dane - nie pamięta. Paragon, dziękuję, do widzenia.
Na odchodne jeszcze zapytał, czy może przywieźć jeszcze jeden skuter, bo tak w ogóle to on się handlem zajmuje i moglibyśmy współpracować. Nie, dziękuję, do widzenia.
Odpukać 5 miesięcy spokoju z takimi Klyentami...